sobota, 1 lipca 2017

Rozdział XV

  Zamarłabym, gdyby nie to, że stoję nieruchowo. Bo widok dosłownie "zwala z nóg". Potężny Złoty Róg jak zwykle znajduje się na środku koła nakreślonego przez podesty i stojących na nich trybutów. Ale tym razem nie błyszczy, odbijając promienie słoneczne. Nie widać nawet pojedynczego złotego refleksu. Słońce jest schowane za szarą płachtą chmur, pokrywającą całe niebo. Złoty Róg razem z podestami stoi na wrzosowisku, a parę centymetrów nad ziemią unosi się gęsta, sina mgła. Intensywna woń kwiatów wypełnia ciężkie powietrze, mamiąc zmysł węchu.
  Rozglądam się dookoła i mało brakuje, żebym się zachwiała z wrażenia. Na odległym wzgórzu stoi ogromny zamek z ciemnej cegły, a u jego stóp znajduje się małe miasteczko. Za nim rozciąga się stary bukowy las. Po drugiej stronie rogu, w oddali mgła się podnosi i zagęszcza, przesłaniając zupełnie widok na drugą stronę areny. Wszystko to wydaje się takie... nierealne, jakby wyrwane z innej epoki, z zupełnie innej rzeczywistości. I wcale mi się nie podoba.
  Szukam wzrokiem Matta. Stoi parę podestów ode mnie. Kiwa mi lekko głową, a ja odwzajemniam ten gest. Zaraz się zacznie. I nie będzie już odwrotu.
 - Dziesięć - odlicza męski głos.
  Nagle rozbrzmiewa głośny śmiech. Patrzę zszokowana na trybuta z Dziewiątki, który zaśmiewa się, zagłuszając nawet odliczanie. Tak samo znienacka, jak zaczął się śmiać, tak nagle opanowuje się i kiwa głową w moją stronę.
 - Powodzenia! - woła i robi krok naprzód. 
  Krzyczę krótko, a mój krzyk zlewa się z wybuchem, wstrząsającym arenę i gongiem oznaczającym koniec odliczania. Nie myślę. Nie mam czasu teraz myśleć o tym, co się stało. Decyzję podejmuję w ułamku sekundy. Zeskakuję z podestu i rzucam się biegiem w stronę rogu. Mieliśmy uciekać. A ja biegnę, by wziąć udział w rzezi. Ale kątem oka widzę, że się nie pomyliłam. Resztę trybutów zaskoczył wybuch i opóźnił, a ja mam nad nimi wszystkimi przewagę. Moje serce bije tak mocno, tak głośno, jakby tylko panicznie starało się nie zatrzymać. Dobiegam do Rogu i chwytam szybko to, co jest najbliżej. Przerzucam przez ramię sporą torbę i łapię trzy noże, by od razu rzucić się biegiem z powrotem - byle jak najdalej od Rogu. Reszta trybutów dopiero dobiega do złotej konstrukcji. Nagle ktoś z naprzeciwka rzuca się na mnie, zwalając z nóg. Kopię go mocno i oswobodzona, nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony napastnika, zrywam się i biegnę. Jak najszybciej, jak najdalej od Rogu. Zdaje mi się, że zaraz osłabnę, że nie dam rady odbiec, że jestem za słaba i prędzej padnę, niż oddalę się wystarczająco od Rogu, ale jakimś cudem wciąż gnam przed siebie. Staram się równomiernie oddychać i  nie zastanawiać się nad tym, czy jestem jeszcze w polu rażenia. Staram się nie myśleć, czy Matt jeszcze żyje, czy też biegnie. Staram się nie przestać oddychać, staram się wciąż biec przed siebie, staram się wciąż żyć! Za swoimi plecami słyszę, coraz bardziej oddalające się, krzyki, odgłosy walki i co jakiś czas huk armat, oznaczający śmierć trybutów. Za moimi plecami odbywa się rzeź. Rzeź, w której giną dzieci. A ja biegnę. Biegnę do momentu, w którym wydaje mi się, że za kolejnym krokiem, za kolejnym oddechem padnę. Zatrzymuję się i obracam w kierunku Rogu, ale nie widzę go. Nie widzę niczego oprócz gęstej mgły, unoszącej się w oddali nad wrzosowiskiem. Łapię ciężko powietrze do płuc, staram się uspokoić, uciszyć kołaczące serce, mimo iż wiem, że to niemożliwe. Mam ochotę skulić się w kłębek i rozpłakać, rozpaczając nad każdym dzieckiem zabitym na arenie i każdym zabijającym na niej. Jestem za słaba, by tu być. Za słaba psychicznie. Bo jak, sama będąc matką, miałabym zamordować czyjeś dziecko? Coraz bardziej dociera do mnie to, że nie jest to możliwe. Że nie będę w stanie tego zrobić. Mogłam wbić nóż w tego, co się na mnie rzucił. Trzymałam broń w ręku. Ale nie byłam w stanie. Więc jak mam ochronić Matta? Jak mam zagwarantować mu wygraną? Powrót do domu? Nagle przestaję wierzyć, że mi się uda.
  Przecieram dłonią twarz, wyrywając się z ckliwych rozważań. To nie czas i miejsce na nie. Dopiero teraz czuję ogarniający mnie głód. Mam nadzieję, że w torbie zabranej spod Rogu jest jakiekolwiek jedzenie. Ryzykuję przedłużenie postoju i sprawdzam zawartość bagażu. Nie jest najgorzej - w torbie znajduję suchary, suszone owoce, pusty bidon, bandaże i cienką płachtę. Zjadam dwa suchary, ubolewając nad brakiem wody i jakichkolwiek cieplejszych ubrań. Boję się, że noce mogą być chłodne, a płachta nie wydaje się być czymś, co skutecznie ochroni przed zimnem.
  Odwracam się przodem do mojego celu - bukowego lasu rozciągającego się za miasteczkiem leżącym u stóp zamku. Nie będę ryzykować schronienia w jednym z domków - to oczywista kryjówka z ograniczoną drogą ucieczki. Natomiast zamek za bardzo mnie przeraża. I za bardzo przywołuje wspomnienia pałacu na pustyni podczas pierwszych igrzysk. Ale muszę się trzymać w pobliżu, żeby znaleźć Matta, gdy w końcu tu dotrze. A na pewno będzie zmierzał w tą stronę. O ile przeżyje ten dzień. Potrząsam głową, próbując odgonić tą myśl i ruszam w dalszą drogę. Nie mam sił, by dalej biec, więc maszeruję - najszybciej, jak się da. Gdy jestem jakiś kilometr od miasteczka, wrzosowisko zmienia się w łąkę obrośniętą polnymi kwiatami. Moje serce zaczyna bić coraz szybciej, przejęte jakimś nagłym niepokojem. Rozglądam się czujnie dookoła i stawiam kolejne kroki pośród wysokich traw, kwiatów i ziół. Nagle słyszę cichy, zawodzący jęk dobiegający z lewej strony. Obracam się błyskawicznie w tamtą stronę. Krzyczę krótko, przerażona. Parę metrów ode mnie stoi ni to kobieta, ni to zjawa. Ma białą, zwiewną suknie zabrudzoną krwią, a jej odsłonięte chude ramiona, jak i całe ręce są pokaleczone. Blada twarz nadaje dziewczynie upiorny wygląd, usta są mocno czerwone, jak i maki, z których spleciony wianek włożony jest na poczochrane, jasne włosy, a w prawej dłoni trzyma sierp. To południca z historii, którymi straszy się małe dzieci. Fikcja, która na arenie stała się rzeczywistością. Patrzymy się chwilę na siebie, po czym upiór robi krok w moją stronę. Krzyczę jeszcze raz, wyrywając się z otępienia i rzucam się biegiem w stronę miasteczka. Zawodzenie się nasila i widzę coraz więcej podobnych zjaw wokół siebie. Już tak bardzo nie mam siły... chcę upaść w biegu i zacząć zawodzić razem z nimi, po prostu w końcu odpuścić. Jestem coraz słabsza i wiem, że już nie dam rady uciekać. Zatrzymuję się i obracam dookoła, oddychając ciężko. Południce zaczynają mnie otaczać. Wyciągam noże i jednym rzucam w upiora stojącego najbliżej. Wyje tylko głośniej, ale nawet się nie cofa. To koniec. Nie mogę z nimi nawet walczyć i nie mam siły, by pobiec. Zaciskam mocno szczękę, a w dłoniach noże. Nie mogę się poddać. Nie mogę!
 - Uciekaj, Lil! - słyszę czyjś krzyk.
  Zjawy odwracają się w stronę wrzosowiska, z którego nabiega dwóch chłopaków. Nie potrafię dostrzec kim są i po głosie też nie rozpoznaję, kto właśnie przybywa mi z pomocą. Wbijam nóż w pierś południcy stojącej mi na drodze do miasteczka i odpycham ją od siebie. Wyje głośno i macha sierpem w moją stronę, ale uchylam się przed ostrzem i próbuję iść, zataczając się. Zawodzenie nasila się, a ja staram wykrzesać ostatki sił, by jak najbardziej i jak najszybciej oddalić się od niego. Nagle ktoś chwyta mnie za ramię i ciągnie w stronę miasteczka.
 - Biegnij, Lil, biegnij! - krzyczy ktoś nad moim uchem.
  Nie wiem, jakim cudem, bo moje nogi palą z bólu, serce pęka ze zmęczenia i wydaje mi się, że prędzej wypluję płuca niż złapię oddech, ale biegnę. Zawodzenie w końcu ustaje, a my dobiegamy do pierwszych murowanych domów i drewnianych chat z zagrodami. Padam na ziemie i opieram się o drzewo rosnące przy jednej z nich. Kulę się w sobie, krztusząc i oddychając ciężko. Nagle uświadamiam coś sobie i zrywam się na równe nogi, wyciągając nóż. Zamieram, przypatrując się dwóm chłopakom i wypuszczam broń z ręki.
 - Matt... - szepczę z ulgą i przytulam go mocno. - Ty żyjesz... - Odsuwam się i patrzę na jego towarzysza. - Kto to jest? - pytam nieufnie.
 - Natan z Dwójki. Zawarliśmy sojusz.
 - Pozdrowienia od Chrisa - Natan uśmiecha się lekko.
  Wpatruję się w chłopaka, lekko nie dowierzając. Gdyby nie on, pewnie bym nie żyła i nie wiem, czy nie pomógł też Mattowi. Mentorzy naprawdę zdecydowali się nam pomóc. Nawet Chris.
 - Nie bój się o utrzymanie tego sojuszu - mruga do mnie chłopak z Dwójki. - W odpowiednim czasie rozejdziemy się w swoje strony. A na razie znajdźmy jakieś schronienie na noc - wskazuje głową w stronę chat.
  Orientuję się, że nie mam pojęcia, która jest godzina. Straciłam poczucie czasu, a pod tym ciemnym niebem ciężko odgadnąć porę dnia, ale faktycznie zaczyna zmierzchać.
 - Myślałam raczej o pójściu w las - mówię. - Będzie więcej dróg ucieczki.
 - Bardzo szybko odbiegłaś od Rogu - odzywa się cicho Matt. - My byliśmy z drugiej części podestów i żeby ominąć rzeź i okrążyć Róg bez zagrożenia, musieliśmy się trochę od niego oddalić. Po drugiej stronie jest bagno. Bagno, z którego wychodziły topielce. Lily, te wszystkie bajdy tutaj się urzeczywistniają. I biorąc to pod uwagę, i pamiętając opowieści, o wiele bezpieczniej będzie w jednym z tych domów. Jest nas trójka. Będziemy się zmieniać na wartach, a w razie zagrożenia poradzimy sobie razem.
 - Niech tak będzie.
 - Mam tylko nadzieję, że masz cokolwiek do jedzenia w swoich zdobyczach - Natan wskazuje na torbę, którą zabrałam spod Rogu. - Jutro poszukamy czegoś zjadliwego, ale w nocy lepiej nie wałęsać się, żeby samemu nie stać się posiłkiem - mruga okiem, ale jego żart w ogóle mnie nie bawi.
 - Mam suchary, ale ani kropli wody. Musimy jutro przede wszystkim znaleźć wodę.
  Matt kiwa głową.
 - Ale to już jutro. Na razie schowajmy się gdzieś.
  Przypatruję się mu i oprócz zmęczenia, widzę na jego twarzy niepokój, którego nie potrafi ukryć. Większość uczestników igrzysk zwykle najbardziej boi się innych trybutów, ale Matt, jak i ja, wie, że najbardziej trzeba się lękać organizatorów i ich wytworów.
 - Więc chodźmy - rzuca Natan.
  Ruszamy ostrożnie ścieżką wgłąb miasteczka. Za nami na pewno przybędą tu też inni trybuci, więc lepiej nie zostawać nigdzie na obrzeżach. W milczeniu i napięciu mijamy kolejne drewniane chaty i murowane domki. Mgła podnosi się coraz bardziej i wzmaga się wiatr, gdy wolno zanurzamy się wgłąb miasteczka. Momentalnie zaczyna się robić coraz chłodniej i ciemniej. Wzdrygam się, ale nie z zimna, a niepokoju.
 - Czekajcie - mówię. - Może zostaniemy już tutaj? - wskazuję na małą, murowaną chatkę, której dach pokryty jest strzechą.
  Po moich towarzyszach widzę, że oni również chcieliby już jak najszybciej znaleźć schronienie. Matt kiwa głową, a Natan wzrusza ramionami, udając, że jest mu to obojętne. Ale nie potrafi ukryć lęku, który zdradzają jego niespokojne ruchy i wzrok skaczący nerwowo z miejsca na miejsce, próbując dostrzec niebezpieczeństwo.
  Ostrożnie podchodzę do chaty i z mocno bijącym sercem popycham drzwi. Otwierają się do środka z przeraźliwym skrzypieniem. Biorę głęboki oddech, ściskając mocniej w dłoni nóż i staję w progu. W pół-mroku widzę skromną izbę z paleniskiem, na środku której stoi drewniany stół i cztery krzesła. W kącie znajduje się, również drewniane, łóżko, a obok niego komoda. Po drugiej stronie jest jeszcze okno ze starymi okiennicami. Wszystko wygląda, jakby miało się zaraz rozpaść, a w powietrzu czuć zaduch. Ale nie widać niczego, co mogłoby chcieć nas zabić. Powoli wchodzę do izby, a Matt i Natan razem ze mną. W milczeniu i z duszą na ramieniu obchodzimy całą izbę, sprawdzając wszystkie zakamarki, ale nic nie wzbudza naszych podejrzeń. Zamykamy drzwi i zastawiamy je na wszelki wypadek komodą.
 - Do rana powinniśmy być bezpieczni - stwierdza Natan i siada przy stole.
  Patrzymy po sobie z Mattem i dosiadamy się.
 - Na arenie nigdy nie jest się bezpiecznym - mówię cicho.
 - Daruj sobie te mądrości, Lily Anderson - rzuca z politowaniem. - Na nic się nam nie zdadzą.
  Marszczę brwi i otwieram usta, by coś powiedzieć, ale chłopak mnie uprzedza.
 - Nie wiem, czy jest ktokolwiek, kto nie wie, że poszłaś na igrzyska zamiast córki, choć trzeba przyznać, że nieźle cię zrobili w Kapitolu. Ja dałbym się nabrać, gdybym nie znał prawdy - śmieje się cicho, ale zaraz poważnieje. - Ale nie potrzebuję twoich rad. Szkolili mnie na to od dzieciaka. Umiem sobie poradzić. Chociaż...
 - Natan - nagle Matt przerywa chłopakowi z Dwójki. - Tu wszędzie są kamery, oni to wszystko nagrywają.
 - No tak... nie powinno się zdradzać zakończenia ciekawej książki - mruga do mnie.
  A ja już nic nie rozumiem. Oprócz tego, że jest coś, o czym nie wiem. I prawdopodobnie dowiem się o tym nie wcześniej, niż się stanie.
 - Oni tu przyjdą - mówi cicho Matt. - Trybuci. O ile już ich tu nie ma. Miasto jest najlepszym schronieniem. Widziałem, że parę osób uciekało w stronę bagien, ale... wątpię, żebyśmy musieli się nimi martwić - mówi cicho, ze smutkiem. - Ci, co wygrają rzeź może zostaną przy rogu na tą noc, a reszta ocalałych skieruje się tutaj.
 - Albo do zamku - dodaję.
 - Na pewno jest nawiedzony.
 - Nawiedzony jedynie przez zmiechy - prycha Natan. - Odbija wam obu na punkcie Kapitolu. Oni chcą, żebyśmy zabijali się sami. Ingerują tylko po to, żeby nas przestraszyć. Albo żeby się kogoś pozbyć - mruga do mnie. - Nie wymordują nas po kolei swoimi potworami, tylko będą doprowadzać do naszych konfrontacji.
  Krzywię się.
 - Kapitol przede wszystkim lubi robić widowisko. I jeśli trybuci są mordowani, a widownia się cieszy, to cel zostaje osiągnięty. Nie obchodzi ich, jak zginiemy, byleby nasza śmierć była spektakularna.
  Natan kręci głową z kpiącym uśmiechem.
 - Zmiechy naprawdę rzadko pojawiały się ostatnimi czasy na arenie. Mamy ogromne szczęście, Lily Andreson, że jesteś tu z nami. Bo wygląda na to, że, czy nas pozabijają, czy tylko postraszą, to zmiechy odegrają po raz drugi, zaraz po legendarnych pierwszych igrzyskach, znaczącą rolę. I wygląda na to, że te igrzyska będą jeszcze bardziej spektakularne, niż wszystkie poprzednie razem wzięte.
  Chcę coś powiedzieć, ale gdy tylko Natan kończy mówić, do wycia wiatru dochodzi przeraźliwy wrzask - zbyt głośny i zbyt przerażający, by mogła go wydać istota ludzka. A zaraz po nim rozbrzmiewa hymn Panem.


*****

I znów niestety nie było mnie tu bardzo dawno... Może nie powinnam już kontynuować tego bloga, może powinien zostać niedokończony, albo powinnam wrócić w jakimś bardziej odpowiednim i spokojniejszym momencie, gdy miałabym czas na spokojne przeczytanie wszystkiego jeszcze raz i napisanie porządnego rozdziału. Ale boję się, że taki moment mógłby już nie nadejść, albo nadejść bardzo późno. A ja chcę skończyć tego bloga. Jakakolwiek ta końcówka nie będzie. Ale tak zaplanowałam i nawet jeśli już nikt tego nie przeczyta, nawet jeśli już nikt tutaj nie został, to ja i tak to skończę. Prędzej czy później. Nie jest to dobry rozdział... powinno się wracać po takiej przerwie z czymś lepszym, ale nie jestem pewna, czy na lepszy mnie teraz stać. Może jakbym poświęciła temu więcej czasu. W każdym razie, oddaje go w Wasze ręce - o ile ktoś się tu jeszcze zabłąka. 

Przepraszam Was za wszystko i pozdrawiam,
Wasza Lily 

2 komentarze:

  1. Jak to "o ile ktoś tu jeszcze zabłąka". Ja tu byłam, jestem i będę do samego końca. Nie zamierzam opuścić tej historii, choćby rozdział pojawiał się co rok lub dłużej. Jestem w stanie to wytrzymać, bo mam ogromny sentyment do tego bloga (to pierwszy, jaki kiedykolwiek zaczęłam czytać) i to on przekonał mnie, abym spróbowała swoich sił i napisała coś o IŚ, ale spróbowała też czegoś innego. Poza tym ta historia jest tak wciągająca, że nie mam serca jej zostawiać. Chcę poznać zakończenie i serce mi się kraje jak piszesz, że już pewnie nikt tutaj nie pozostał, chociaż pisałam nie raz, iż zostanę do samego końca! Ponownie muszę to udowadniać. :D
    Przejdźmy do rozdziału. Nie jest w ogóle zły! Wcześniej pisałaś z ogromną pasją, posty były dłuższe i czasem bardziej, czasem mniej rozbudowane. W każdym razie wkładałaś w tego bloga serce. Nadal tak jest chociaż pasja i chęci zagubiły się gdzieś po drodze, w codzienności. Próbują one jednak powrócić i to widać po tym rozdziale. Widać tutaj, że pomimo upływu sporej ilości czasu zdążyłaś napisać już nie tak krótki i bardzo wciągający rozdział! Czytałam go z zapartym tchem. Wiedziałam, że potrafisz wymyślić świetną arenę i dostarczyć nam całą gamę emocji podczas czytania, a opisami dokładnie obrazujesz nam wszystko. Ja dostałam tutaj to, co chciałam i na co czekałam. Bardzo się cieszę, że ten rozdział został opublikowany, choć zobaczyłam go dopiero dzisiaj (świętowałam wyniki matury, tak to byłabym tutaj już wczoraj). xD I mała mistyfikacja się nie powiodła, bo i tak większość wie, że to nasza Lily. Jestem bardzo ciekawa dalszych wydarzeń. Mam ogromną nadzieję, że zwiedzą ten zamek! Gdyby jeszcze w środku przypominał ten pałac z pierwszych igrzysk to by były jaja. xD I oczywiście kończysz w takim przez większość czytelników znienawidzonych, a przeze mnie tak ulubionym momencie (też uwielbiam stosować ten zabieg). Będę wyczekiwać dalszych losów! Ogromna ciekawość mnie zżera... Chociaż nie przepadam za happy endami tutaj mógłby się taki stać. xD Dalej będę prowadziła swoje wywody po następnych postach. Może uda się w nich znaleźć jakiś punkt zaczepienia lub wskazówki.
    Lily, mam nadzieję, że moje słowa Cię nie obrażą, bo nie miałam takiego zamiaru. Po prostu przedstawiam sprawę, jak wygląda. Nie chcę, abyś całkowicie kończyła z pisaniem i zostawiła tego bloga niedokończonego. Jeśli poczekasz na dogodny moment, żeby do tego przysiąść, tląca się iskierka pasji, weny i chęci całkowicie może zaniknąć, a teraz jakaś cząstkowa jest i bardzo chce powrócić! Pisz w takim tempie, jeśli ci to odpowiada, ale nie porzucaj nigdy pisania. Chwile wątpliwości zdarzają się cały czas, również teraz przez to przechodzę, więc beznadziejna ze mnie doradczyni. xD
    Pamiętaj, że ja tu jestem i nie odejdę. Nawet, jeśli będziesz mnie wyganiać bijąc drewnianym kijkiem po głowie - ja i tak nie zrezygnuję. Wierzę, że uda Ci się skończyć tego bloga. Wierzę w ciebie, Lily! :)
    Pozdrawiam Lex May

    OdpowiedzUsuń
  2. Nigdy nie przepraszaj za taki świetny rozdział! To ja powinnam Cię przeprosić za to, że dopiero teraz się zjawiam (no ale cóż, popsuł mi się komputer i straciłam trochę moich bazgrołów, więc ostatnio nie byłam w najlepszym stanie. Może i dobrze, że jestem tu teraz, kiedy już się ogarnęłam).
    Nie martw się tak, po prostu pisz kiedy masz wenę i możliwość. Po prostu pisz. Nie odkładaj, nie przestawaj. Jeśli pisanie cię uszczęśliwia i chcesz to robić, to nic innego się nie liczy. Czasem może być ci ciężko, czasem może ci się wydawać, że nie ma sensu pisać, ale kiedy się zmobilizujesz, to kiedy już zakończysz tę historię, będziesz mogła spojrzeć wstecz i pomyśleć "Wow, udało się. Naprawdę to zrobiłam. Były lepsze i gorsze dni, ale ja się nie poddałam.".
    Nie przejmuj się też tym, jak często dodajesz rozdziały. Weź na to tyle czasu, ile potrzebujesz. Jeśli udaje ci się napisać rozdział długo po poprzednim, ale tak jest dla ciebie lepiej (albo stwierdzisz, że rozdział, któremu poświęcisz więcej czasu, będzie Twoim zdaniem lepszy, albo po prostu nie miałaś czasu/chęci/weny), to w porządku. Nie nakładaj na siebie niepotrzebnej presji. My poczekamy, ile będzie trzeba. A czekać warto, bo historia jest naprawdę bardzo ciekawa.
    To teraz przejdę właśnie do historii: Arena jest niezwykła, wiedziałam, że możemy się po Tobie spodziewać czegoś odjazdowego. Brr! Będzie upiornie. Mam wrażenie, że ten zamek będzie jakiś ważny. No cóż, trzeba czekać, co będzie dalej. I dostajemy nową postać - jeszcze nie wiem, co o nim myślę, więc nic Ci nie powiem.
    Więcej skomentuję już chyba po następnych rozdziałach. Bo, tak jak mówiła Lex May, nigdzie się nie wybieram i zostaję z Tobą do końca!
    Trzymaj się,
    Grace

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz c: one naprawdę bardzo pomagają w prowadzeniu bloga
I proszę o niespamowanie pod postami :) do tego jest zakładka SPAM