wtorek, 4 czerwca 2013

XXI

   Ruszamy dalej w stronę rzeki, a przynajmniej mi się tak wydaje. Zatrzymujemy się tylko na chwilę, by opatrzyć rany i trochę odpocząć. Idąc co chwila zerkam na Reuela, chwytam go nagle za dłoń, jakby chcąc się upewnić, że jest realny, naprawdę mnie znalazł i nie jest tylko wytworem mojej wyobraźni, iluzją stworzoną przez Kapitol. Gdy w końcu śmiejąc się pyta o co chodzi, a ja zdradzam mu swoje obawy, obejmuje mnie mocno ramieniem.
 - Jestem tu. Prawdziwy. Akurat tego możesz być pewna.
  Cieszę się, że jest ze mną. Tak bardzo jestem szczęśliwa, że chwilami zapominam gdzie jestem i co tu robię. I zaraz znowu sobie przypominam, i ogarnia mnie przeraźliwy strach, lęk jeszcze większy niż gdy Reuela przy mnie nie było.
  Najgorsza okazuje się noc. Aż do zmierzchu maszerujemy, ale nie znajdujemy rzeki. Woda i pożywienie kończą się powoli, a zmęczenie doskwiera coraz bardziej. Nie chcę iść nocą, więc wchodzimy na wysoki, rozłożysty buk. Sprawdzam dokładnie czy nic nam na nim nie grozi i dopiero wtedy układam się na potężnych gałęziach. Reuel siada naprzeciwko mnie opierając się o pień.
 - Jak się czujesz? - pyta cicho.
  Wzruszam ramionami.
 - Jak się mogę tu czuć? Słabo. Cieszę się, że nikt nas dotąd nie zabił.
 - I nie zabije. Wyobraź sobie powrót do domu - uśmiecha się lekko zamyślony - Matta, babkę, Jamesa, twojego ojca... Zore, Marii...
 - Werta - prycham pogardliwie - zabiję go gdy wrócimy - dodaję w naszym języku.
 - Gdyby nie on, nie przeżyłbym.
 - Dlatego nie będzie długo cierpiał - odpowiadam i śmieję się cicho na widok miny Reuela - Nie bój się tak, nie zrobię tego.
 - Mam nadzieję - mruczy pod nosem.
 - Reuel?
 - Tak?
 - Co będzie gdy wrócimy?
 - Jak to: co? - pyta zaskoczony.
 - Jak będziemy żyć? Czy w ogóle będziemy potrafili żyć?
 - Przecież przeżyliśmy sto razy gorszy koszmar, powstanie...
 - Wtedy walczyliśmy o wolność
 - A teraz o życie.
 - Walczyliśmy z Kapitolem, nie dziećmi zmuszonymi do zabijania wbrew ich własnej woli! Poza tym, czyżbyś zapomniał jak było po upadku rebelii? Ile czasu minęło zanim wszystko wróciło do normalności? Powstanie nazywają Mrocznymi Dniami. TO są dopiero Mroczne Dni. Zaczęły się wraz z ogłoszeniem tych igrzysk.
 - Zobaczysz, ludzie tego nie zaakceptują. Nie będą chcieli oglądać rzezi niewinnych dzieci na ekranach. Nie zgodzą się na to. To za okrutne, nawet jak na Kapitol.
 - Nie jestem pewna.
 - Ale ja jestem - w ciemności widzę coraz gorzej, ale zdaje mi się, że się uśmiecha - Zakończymy to. Ile razy mam ci powtarzać?
  Wzdycham ciężko.
 - Do czasu, gdy zobaczę to na własne oczy.
  Nagle niebo rozświetla godło Panem, ciszę nocy przerywa hymn. Wpatruję się w obraz, bojąc się tego, co zaraz na nim ujrzę. Godło zmienia się na zdjęcie Diany, u dołu wyświetla się numer jej dystryktu. Czuję jak pierwsza łza powoli spływa mi po policzkach, gdy patrzę na jej lekko uśmiechniętą twarz, a oczyma wyobraźni znów widzę ją martwą, z grymasem bólu na ustach. Zdjęcie się zmienia. Carav. Moje ciało wstrząsają dreszcze, gdy patrzę na obłąkańczy uśmiech szaleńca. Scarlett. Znów Ciemność. I Cisza. Spuszczam głowę. Trzęsę się, po policzkach spływają mi łzy, a przed oczami znów ukazuje mi się dzisiejsza walka.
 - Lily... - czuję jak ktoś delikatnie chwyta moją dłoń.
  Cofam ją gwałtownie unosząc wzrok. Reuel... to tylko Reuel. Ledwie co go widzę w świetle księżyca, mam wrażenie, że przypatruje mi się zaniepokojony.
 - Lily - powtarza szeptem.
 - Ja tu nie wytrzymam - szlocham cicho - oszaleję... co ja mówię! Ja już oszalałam!
 - A nie byłaś taka od zawsze? - w jego głosie słyszę nutkę rozbawienia - Lily Anderson, szalona trybutka. Zwyciężczyni Pierwszych i Ostatnich Igrzysk Głodowych - naśladuje akcent Kapitolu.
  Mimowolnie się uśmiecham.
 - Och! Zapomniałem! - kontynuuje parodiując Kapitolińczyków - Jest jeszcze Reuel Castelert. On też przeżył. Dzięki tej dwójce już nigdy nie zginie żadne dziecko na arenie.
 - Prezydent Reuel Snow - ocieram łzy z twarzy.
 - Ach! To muszę sobie wymyślić jakieś śmieszne imię! Hm... jakieś beznadziejne kapitolińskie.... O! Już wiem! Coriolanus. Coriolanus Snow.
 - Gorszego już nie mogłeś chyba wybrać - śmieję się cicho - Prezydent Snow... to brzmi tak... dumnie. A ja? Kim ja będę?
 - Ty? Moją żoną. Najpiękniejsza kobieta w całym Panem i prezydent. Zamieszkamy w domku, który sami sobie wybudujemy, tuż przy plaży. Będziemy wypływać na morze i łowić ryby.
 - Ty? Łowić ryby? Jako prezydent?
 - Prezydent może wszystko - zdaje mi się, że wzrusza ramionami.
 - Obiecaj mi coś.
 - Wszystko.
 - Poważnie - patrzę się w jego błyszczące w świetle księżyca oczy - Obiecaj mi, że nigdy się nie zmienisz, że zawsze będziesz pamiętać kim jesteś. Cokolwiek by się nie stało.
 - Obiecuję - mówi, wiem, że uśmiecha się lekko. - Zdrzemnij się teraz. Musisz odpocząć.
 - Dziękuję - szepczę i opieram się o rozłożyste gałęzie. Po chwili zasypiam.
***
 - Lily! Lily! - ktoś potrząsa mną lekko.
 - Jeszcze chwila - mamroczę przekręcając się na drugi bok.
  Ale pode mną nie ma miękkiego łóżka. Właściwie, to nie ma niczego. Ktoś w ostatniej chwili łapie mnie za rękę. Wydaję z siebie krótki krzyk i nim zdążę cokolwiek zrobić, wiszę już powietrzu trzymając się kurczowo dłoni Reuela. Z trudem wyrzucam w górę drugą rękę i chwytam się jakiejś gałęzi. Wyciągam się i gramolę z powrotem na drzewo.
 - Co chciałeś? - pytam poddenerwowana siadając.
 - Obudzić cię. Zaczyna świtać, musimy ruszać dalej. Woda się kończy, jedzenie się kończy. Poza tym... - waha się - coś jest nie tak. Pomijając już ten upał, czuję jakiś... niepokój.
 - Intuicja - kiwam głową. Teraz też to czuję. Jakieś napięcie, jak cisza przed burzą. - Ruszajmy.
  Schodzimy z drzewa i idziemy w dalszą drogę. Nie odzywamy się do siebie. Ciągle czekam na wybuch, na to, co "wisi w powietrzu". Im wyżej wschodzi słońce, tym robi się coraz goręcej. W południe panuje taki skwar, że wydaje mi się, że nie wytrzymam. Zdążyłam już rozebrać się do czarnego topu, podwinąć spodnie do kolan. 
  Nagle, do moich uszu dociera szum. Zbawienny szmer.
 - Słyszysz? - uśmiecham się z ulgą stając.
  Reuel też się zatrzymuje, patrzy na mnie marszcząc brwi.
 - Szum. Woda. Rzeka - mówię. 
  Obraca głowę nasłuchując. Szmer się nasila, a w oddali widzę jakby... mgłę? Uśmiech schodzi z moich ust, gdy kolejna fala gorąca uświadamia mi, co naprawdę jest przyczyną tego szumu.
 - Reuel - głos więźnie mi w gardle z przerażenia. Co robić? Uciekać? Ale gdzie? Nie damy rady... - Na drzewo!!! - krzyczę.
  Reuel patrzy na mnie przez chwilę zdezorientowany, po czym rzuca się do najbliższego iglaka. Najszybciej jak mogę dopadam ogromnego dębu i wspinam się tak wysoko, jak się da. Szum narasta coraz bardziej, pierwsze ziarenka piasku uderzają mnie po twarzy, wdzierają się za ubranie. Zaciskam mocno usta i oczy, przysuwam się jak najbliżej pnia, chowam głowę. Nie muszę długo czekać. Szmer staje się tak głośny, że wibruje mi w uszach doprowadzając do szału, co chwila słyszę trzaski łamanych drzew i modlę się tylko w duchu, by nasze schronienia wytrzymały. I nagle burza piaskowa zalewa wszystko dookoła. Parzące ziarenka kwarcu uderzają we mnie, otaczają ze wszystkich stron. Krzyki, potworny szum, trzaski łamanych drzew. Chaos. Wydaje mi się, że moja skóra zaraz zacznie się palić od tego gorąca. I w tym chaosie nagle słyszę głośny huk i krótki krzyk. Krzyk Reuela. Dłonią zasłaniam oczy i obracam się. Świerk, na którym się schronił, pękł i teraz, jakby w zwolnionym tempie, pada w otchłań burzy piaskowej.
 - REUEL! SKACZ!!! - drę się.
  Do ust wdzierają mi się drobinki piasku, kulę się w sobie i przytulam do drzewa. Po moich rozpalonych policzkach spływają łzy, gdy w wyobraźni widzę, jak Reuel spada i ginie w chmurze piasku.
  Nie wiem ile siedzę bez ruchu na gałęzi, przywierając do szorstkiej kory drzewa. W końcu jednak wszystko się powoli uspokaja. Szum cichnie, trzaski, krzyki też. Drobinki piasku coraz rzadziej uderzają o moje ciało. Najgorsze już minęło. A może dopiero ma się zacząć? 
  Skóra mnie piecze, oczy szczypią, wszędzie czuję piasek. W końcu odważam się uchylić powieki. Zamieram. Widok areny mnie paraliżuje. W zasięgu mojego wzroku jest tylko... piach. Pustynia. Dąb, na którym się schroniłam, jest jedynym drzewem jakie widzę. Czemu on jako jedyny przetrwał burze piaskową? Odpowiedź jest prosta - organizatorzy. To oni są bogami na tej arenie. Mogą z nią zrobić wszystko co im się żywnie podoba. Tylko czemu postanowili mnie ocalić?
  Odwracam się. Hen, w oddali widzę góry. Ciche westchnienie wydobywa się z moich piersi. To wszystko wygląda tak... nienaturalnie. Tu - niewyobrażalny skwar, pustynia, a tam - góry, szczyty pokryte lodem i warstwami śniegu.
  Nagły wystrzał armaty natychmiast wyrywa mnie z otępienia.
 - Reuel!!! - krzyczę nachylając się w dół. Nic. Klnę i schodzę z drzewa. Gdy tylko zeskakuję na ziemię, zapadam się po kostki w piachu. Przynajmniej mam dobre buty.
  Upał staje się coraz bardziej uciążliwy, choć zdawało mi się, że to już niemożliwe. Otrzepuję się z piasku. Nagle słyszę potężny huk. Obracam się natychmiast. Ogromny dąb, z którego przed chwilą zeszłam, zaczyna z głośnym trzaskiem spadać na mnie. Próbuję odbiec na bok, ale zasypuję się w piasku, nie mogę iść. Upadam, gdy coś znienacka chwyta mnie za nogę. Krzyczę i rzucam się w bok. Drzewo ląduje tuż obok, piach odrzucony przez nie przysypuje mnie. Otrząsam się i próbuję wstać. Uścisk na kostce uniemożliwia mi to. Oglądam się zdezorientowana i krzyczę krótko. Moja noga jest przysypana częściowo i objęta kurczowo czyjąś dłonią. Próbuję się wyrwać, ale uścisk jest za silny. A jeśli to Reuel? Wyjmuję nóż zza pasa, by w razie czego szybko zabić i zaczynam odkopywać rękę aż dochodzę do właściciela.
 - Barthly - szepczę zszokowana.
  Brunet ledwo co oddycha. Zamieram na widok gałęzi drzewa wystającej z jego przebitej i oblepionej krwią i piachem klatki piersiowej.
 - Li... - wykrztusza z trudem, z jego ust ścieka smużka krwi - zabij...
  Łzy zaczynają spływać mi po policzkach. Nie wiem czy od szczypania przez piach, upału, nawału emocji, czy widoku byłego rebelianta tak cierpiącego. Unoszę nóż i wbijam go prosto w serce chłopaka. Zastyga na chwilę z wyrazem ogromnego cierpienia na twarzy, po czym wydobywa z siebie ostatnie tchnienie ulgi. Wystrzał armaty. Nie żyje.
  Nie wiem co robić, gdzie iść. Jestem cała w piachu, krwi Barthy'ego, która trysnęła na mnie. Zmęczona, psychicznie i fizycznie, nie wiem czy dam radę ruszać w dalszą wędrówkę. Nie widzę jej sensu... i celu. Chowam twarz w dłoniach. Uderza mnie upał i ostry odór krwi. Odsuwam się na bok, opieram o potężny pień dębu. Ściągam plecak i wyciągam z niego bukłak. Wypijam ostatnie krople, związuję włosy w wysokiego koka, po czym zakładam plecak na ramiona. Nagle coś spada na moje kolana. Patrzę zaskoczona na tubkę przypiętą do spadochronu. Biorę ją do ręki i wpatruję się zszokowana w prezent od sponsorów.
 - Bardzo, kurwa, śmieszne! - krzyczę do góry.
  Dostałam olejek zapewniającą ładną opaleniznę. Do tubki przypięta jest mała, kolorowa parasolka, taka jaką Kapitolińczycy dołączają do ekskluzywnych drinków. Prycham, ale smaruję odsłonięte części ciała. Olejek daje nieznaczne ukojenie przed gorącem. Chowam tubkę do kieszeni plecaka i wstaję. Nagły zawrót głowy sprawia, że z trudem utrzymuję równowagę. 
 - Muszę stąd uciec - mamroczę pod nosem.
  Stoję jeszcze przez chwilę, po czym ruszam w stronę gór. Idąc zapadam się co chwila w piasku, żar lejący się z nieba pali moją skórę, a wszytko dookoła po jakimś czasie zaczyna falować wokół mnie. Przestaję rozróżniać gdzie kończy się niebo, a zaczyna ziemia, linia horyzontu przestaje istnieć. Pustynia - to jedyne co mnie otacza. Nie słyszę żadnych dźwięków, wiatr ustał całkowicie, tylko szmery i szum ciszy wypełnia moją głowę. Nie czuję żadnych zapachów, nie dociera do mnie nawet odór krwi na moich rękach, nic już nie dociera do moich nozdrzy. Przestałam czuć już nawet ból. Jest tylko pustka. Piaszczyste piekło. Gdybym miała więcej wody w organizmie, pewnie łzy spływałyby mi teraz po twarzy. Niestety - nawet płakać już nie mogę. Nagle potykam się i upadam. Leżę w parzącym piasku nie mając siły się podnieść. Zaczynam mieć coraz gorsze omamy. Coś na mnie prycha i trąca moją głowę.
 - Spadaj - warczę, co powoduje dostanie się do moich ust drobinek kwarcu. Nie mam już siły... chcę umrzeć... Wstawaj, do jasnej cholery, i idź dalej, idiotko! Krzyczy na mnie głos w mojej głowie. Niechętnie unoszę się i siadam. Nic nie widzę. Otwórz oczy! Coś liże mnie po twarzy. Półżywa unoszę powieki. 
 - Wielbłąd - mruczę wypluwając piasek z ust. Przytomnieję - Wielbłąd! 


*****
Możecie mnie zabić. Macie do tego pełne prawo. 
Długo mnie nie było i w najbliższym czasie może też trochę nie być. 
Zaległości na waszych blogach nadrobię w tym tygodniu, do tej pory niestety nie miałam możliwości.
Dziękuję pięknie za wszelkie nominacje, ale niestety nie dam rady na nie odpowiedzieć. 
Arena się zmieniła, tak jak planowałam i tak jak chcieliście. Jak to wyszło - sami oceńcie.

29 komentarzy:

  1. Reuel musi żyć! A tak w ogóle to czy zamierzasz z niego zrobić Snowa? Jeśli tak to nie wiem co lepsze: śmierć czy życie...
    Szczerze mówiąc to sobie nie wyobrażam takiego połączenia... No, bo jak rebeliant mógłby być Snowem? Oszalałby, sodówa by mu strzeliła do głowy, czy zrobiliby mu pranie mózgu...? Kurczę, teraz będę rozkminiała...
    Ciekawy rozdział, więc czekam na next ^^
    Pozdrawiam :D
    A.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow. Nie spodziewałam się pustyni :D.
    Świetny rozdział, cieszę się, że znalazłaś trochę czasu, żeby go napisać.
    Kurczę, trudno mi wyobrazić sobie Reuela jako Snowa :<

    OdpowiedzUsuń
  3. Wielbłąd! Haha! xD
    Super rozdział!
    ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten wielbłąd jakoś tak wpadł mi do głowy i cóż... jest xD
      Dziękuję ^_^

      Usuń
  4. Zżera mnie ciekawość jak rozegrasz tą historię z Reuelem o.O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to musisz jeszcze troszkę poczekać ^_^

      Usuń
  5. Wow...Super. ^^ Mam nadzieję, że nie zabijesz Reuela bo ciekawi mnie ta wzmianka o Snowie. :) Fajny pomysł z tą pustynią i wielbłądem. :3 Czekam na następny.
    Weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko w swoim czasie ;>
      Dziękuję ^_^

      Usuń
  6. Rozdział jest genialny :D ale nie przezyłabym chyba zmiany Reuela w Snowa O.o

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :>
      Wszystko się okaże później ^^

      Usuń
  7. NIE ZMIENISZ REUELA W SNOWA! JA SIĘ NIE ZGADZAM!
    Nienawidzę Snowa, więc nie wyobrażam sobie, żeby to Reuel był... brr... młodym prezydentem. Serio. Wielbłąd... hahaha :D Rozśmieszyło mnie to :)

    Weny!
    Mrs. Everdeen

    OdpowiedzUsuń
  8. Znalazłam bloga dzisiaj. No droga autorko, muszę Ci powiedzieć, że piszesz przecudownie! Ten wielbłąd na końcu i olejek do opalania mnie dobiły :D Reuel ma żyć! Jak nie będzie żył to Cię znajdę! (wchodzi na google i szuka informacji o Lily Nimrodiell) Tak więc, jeśli go zabijesz to szykuj się bo zrobię Ci włam! Czekam na kolejny rozdział z niecierpliwością.
    Jeśli będziesz miała czas to zapraszam na wladczyni-mocy.blogspot.com oraz na falszywe-przeznaczenie.blogspot.com
    Pozdrófffeczka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo ^_^
      Ze znalezieniem mnie możesz mieć problem, ale będę czekać jak coś xD

      Usuń
  9. super pomysł z pustynią...naprawdę!
    ale nie podobało mi się to z Barthly`m...po prostu mi nie pasowało...
    a to z olejkiem po prostu mistrzostwo!!!

    wracaj szybko - nie mogę się doczekać!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ale Czad. A moze lily umrze i Reuel zgorzknieje z powody smierci ukochanej.... Czekam na next całusy
    Iga

    OdpowiedzUsuń
  11. Zamorduję cięęęęęę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    ZNOWU REUEL SIĘ ,,GUBI"!!!!!!!!!!
    ZNAJDŹ LEPIEJ SOBIĘ BUNKIER I SIĘ UKRYJ I... PISZ, DO CHOLRY JASNEJ!!!!!!!
    Pozdrowienia i weny życzenia( mimo wszystko zasłużyłaś na pozd.) składa,
    Wkurzona do granic wytrzymałości,
    Ala

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ^_^
      hahahahh xD dziękuję za piękny komentarz i rady
      Wszyscy ostatnio chcą mnie zabić :p

      Usuń
    2. Znalazłaś już BUNKIER !?!?!!!
      To idź i pisz!!!

      Usuń
    3. wciąż szukam :> ale znajdę! Zobaczysz!

      Usuń
  12. Ty możesz zabić mnie, tak długo mnie nie było x.x
    Mówiłam, że twoje opowiadanie , Lilusiu coraz bardziej mi się podoba? Z rozdziału na rozdział czuje coraz większą ekscytację i chętkę na ciąg dalszy.
    Cholernie podoba mi się wizja zmiany wystroju areny.
    Czemu oragnizatorzy pozwolili jej przeżyć? Gdzie Reuel?
    Ah, Reuel, Reuel, nie składaj pochopnych obietnic >:)
    Straciłam rachubę. Ilu trybutów zostało?
    Kraken

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ^_^
      Z organizatorami nigdy nic nie wiadomo ;>
      Właśnie o to chodzi! :D żeby nie było wiadomo ilu żyje, a ilu nie :D

      Usuń
  13. Cześć!
    Mam zaszczyt poinformować Cię, że zostałaś nominowana do Versatile Blogger Award. Więcej u mnie: http://so-just-give-it-one-more-try.blogspot.com/2013/06/nominacje.html
    Gratuluję :*

    OdpowiedzUsuń
  14. Czemu ona nie przejęła się tym że Reuel spadł i zginął? Bardziej się przejęła śmiercią Diany niż zginięciem Reuela!!


    REUEL MUSI ŻYĆ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przejęła się... jakoś... :p
      no, dobra...

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz c: one naprawdę bardzo pomagają w prowadzeniu bloga
I proszę o niespamowanie pod postami :) do tego jest zakładka SPAM