piątek, 12 kwietnia 2013

XIII

  d u m.   d u m.   d u m.  D U M!   d u m.   d u m.   D U M!  D U M!  D U M!
  Dudnienie wzmaga się przerywając ciszę. Bębny, bębny biją w ciemnościach. NIE! To lawina schodząca z gór. Niepokój.
 - STOP! - krzyczę łapiąc się za głowę.
 - Lily! - krótki pisk
  Lily? To... to moje imię... ktoś mnie woła! Nie jestem sama w tej pustce!
- Lil! Obudź się!
  Oczy... muszę otworzyć oczy. Niepewnie uchylam powieki i szybko mocno je zaciskam. Światło. Znalazłam światło! Otwieram oczy przyzwyczajając się do jasności. Siadam zdezorientowana. Jestem w Kapitolińskim pokoju, koło mnie stoi Zora i Mari.
 - Gdzie Reuel? - pytam jeszcze trochę nieprzytomna.
 - Już stoi gotowy pod ośrodkiem! - piszczy prezenterka..
 - Na co gotowy? - przecieram dłońmi oczy - Co się ze mną stało?
 - Na igrzyska, oczywiście! - ćwierka, po czym milknie na chwilę - Nie jadłaś nic cały dzień i zemdlałaś z osłabienia - mówi odwracając wzrok.
  Wiem, że kłamie. Widzę to od razu. Żadna z nich nie powie mi prawdy. Głód? Osłabienie? Bzdury! Głodowałam w przeszłości wiele razy i to dłużej niż jeden dzień, i nigdy jakoś nie mdlałam. Może to był tylko koszmar? Przecież mówiła, że osłabłaś. No to co w takim razie? Oszalałaś. Albo ktoś mnie otruł... Tylko po co, skoro zaraz zginę na arenie? Wzdycham ciężko.
 - No, wstawaj już! Nie ma czasu! - piszczy Zora - I tak już jest wszystko opóźnione!
 - Nie jestem gotowa - kręcę głową.
  Czuję się zdezorientowana. Do tego, nie mogę uwierzyć, że to już DZIŚ.
 - Wstawaj, Li - odzywa się poważna Marii - Naprawdę zostało mało czasu.
 - No już, już - mruczę pod nosem podnosząc się z łóżka.
 - Musisz to założyć - moja stylistka wciska mi w ręce jakiś strój.
  Biorę go bez słowa i idę do łazienki. Długo stoję pod prysznicem próbując zrozumieć wszystko to, co się dzieję dookoła mnie. Po jakimś czasie słyszę wołania Zory, więc wychodzę niechętnie spod strumienia ciepłej wody i wycieram się dokładnie miękkim ręcznikiem. Biorę do ręki ubrania, które dała mi Marii i ubieram się powoli. Ciemno-beżowe bryczesy idealnie przylegają do mojego ciała. Na górę czarny topik, bluzka z długim rękawem i myśliwska kurtka. Na stopy zakładam jeszcze skarpetki z dziwnego materiału, związuję włosy w kucyk i wychodzę z łazienki. Marii podaje mi wysokie trapery. Bez słowa zakładam je, biorę z szafki przy łóżku flecik i zawieszam go sobie na szyi. Wychodzę za kobietami z pokoju.
 - Zjesz w poduszkowcu - rzuca mi przez ramię Zora wchodząc do windy.
  Staję w miejscu. Nie wiem co powiedzieć, co zrobić. Za szybko... zdecydowanie wszystko dzieję się za szybko!
 - Ale... lecicie ze mną? - pytam czując się zagubiona jak małe dziecko.
 - Doris tak, ja nie - odzywa się cicho Marii.
  Odwracam się, by stanąć do niej przodem.
 - Czemu...? - zaczynam, ale nie kończę.
  Stylistka podchodzi i przytula mnie.
 - Twoja historia wcale się tutaj nie kończy, Lilio. Ona się dopiero zaczyna.
 - W takim razie będzie trwała bardzo krótko - szepczę.
 - Ocalimy was. Wert zrobi wszystko, by wygrać ten zakład. I wygra. Taki już jest.
  Odsuwam się od niej.
 - Nie chcę jego pomocy! Już wolę zginąć!
 - Nie czas żeby unosić się dumą, Lilijko - całuje mnie w czoło - Idź już. I... - jej głos drży lekko, gdy patrzy mi smutno w oczy -  i niech los zawsze Ci sprzyja.
  Uśmiecham się lekko.
 - Tobie też. - wchodzę do windy.
  Zora wciska przycisk parteru, zza zamykających się drzwi windy widzę po raz ostatni machającą do mnie na pożegnanie Marii.
  Zjeżdżamy w milczeniu. Ja nie wiem co powiedzieć, a Zora nie wydaje się być w najlepszym humorze. Ciągle nie może do mnie dotrzeć, że to już za parę godzin... Że za parę godzin wyjdę na arenę i będę musiała wbić nóż w serce jakiemuś niewinnemu, bezbronnemu dziecku. Sama będziesz takim dzieckiem, jeśli nie będziesz potrafiła zabić. Nie chcę zabijać. Nie chcesz umierać. Nie chcę stać się mordercą! Już nim jesteś. Już nim jestem...
 - Lily!
  Otrząsam się z zamyślenia i wychodzę przez otwarte drzwi windy. W sali stoją już wszyscy trybuci w tych samych strojach, co ja mam na sobie, razem z mentorami i opiekunami. Czuję się taka... słaba. Psychicznie, nie fizycznie.
 - Lil... - czyjeś mocne ramiona obejmują mnie chowając przed całym światem.
 - Reuel... - z moich ust wydobywa się tylko cichutki szept.
  Odsuwa się i patrzy mi prosto w oczy.
 - Pamiętaj... zawsze pamiętaj kim jesteś.
 - Aż do śmierci.
 - Szczególnie wtedy - podnosi delikatnie moją głowę do góry - I nigdy...
 - ... się nie poddawaj - kończymy razem.
  Uśmiecham się delikatnie, a Reuel unosi kąciki ust w odpowiedzi.
 - Tak lepiej.
 - Chodźcie - nagle Zora popycha nas w kierunku wyjścia.
  Reuel łapie mnie za rękę. Wychodzimy z innymi trybutami z budynku. Gdy tylko przekraczamy wysokie, szerokie drzwi, od razu Strażnicy Pokoju wpychają nas do poduszkowca. Czuję jak Reuel puszcza moją dłoń. Zastygam w bezruchu, gdy uświadamiam sobie, że może już nigdy nie poczuję jak chwyta mnie za rękę w geście pocieszenia, solidarności... przyjaźni.
 - Idź - burczy ktoś przy moim uchu i popycha mnie dalej. Jakaś kobieta prowadzi mnie na jeden z dwudziestu czterech foteli w poduszkowcu. Mentorzy i opiekunowie będą lecieć drugim, by pożegnać nas przed "wyjściem na scenę". W końcu to tylko gra. Teatr. Ogromne przedstawienie na wielkiej scenie. Tylko czemu nikt nie zna swojej roli? Jest prosta - zabijać. Wzdrygam się siadając na miękkim fotelu.
  Gdy już wszyscy zajmują swoje miejsca, jakiś mężczyzna każe nam zapiąć pasy, po czym na szyby opadają czarne rolety i czuję jak zaczynamy się wznosić. Szukam wzrokiem Reuela. Jak się okazuje, siedzi po mojej prawej stronie.
 - Lil - syczy do mnie cicho - Pamiętaj! Uciekaj od razu jak najdalej. Potem kieruj się do jakiegoś charakterystycznego, ale bezpiecznego punktu, który by obrał James.
 - James? - marszczę czoło - Czemu?
 - Bo to będzie nasz punkt odniesienia. Myśl jak James. Wert mówił, że znajdziemy takie miejsce.
 - Nie wierzę, że mu ufasz... Co ty robisz? - pytam zdziwiona cofając rękę przed wysoką kobietą próbującą przycisnąć mi igłę do przedramienia.
 - Wszczepiam ci lokalizator - odpowiada spokojnie łapiąc mnie mocno za nadgarstek i wszczepiając mi coś pod skórę.
  Syczę cicho czując ukucie.
 - Boli? - słyszę czyjś przesłodzony głos.
  Obracam głowę w tamtą stronę. Dziewczyna z Jedenastki. Ma na imię chyba Susan.
 - Tylko się nie popłacz, księżniczko. To co cię zaraz czeka będzie nieporównywalnie gorsze. Lepiej się przyzwyczajaj do śmierci.
 - Wybacz, ale jakoś nie będę potrafiła opłakiwać twojej - uśmiecham się sztucznie.
  Prycha cicho i odwraca się dumnie.
  Rozsiadam się wygodnie na fotelu i udaję, że niczym się nie przejmuję i to wszystko traktuję z lekceważeniem. Po chwili przynoszą nam jedzenie. Mmmm... dużo jedzenia. Wpycham go w siebie tyle ile mogę, w końcu zaraz mi go zabraknie. Lepiej się najeść niż głodować od samego początku. Głodu zaznam pewnie wiele razy na arenie, o ile przeżyję dzisiejszy dzień. W końcu to przecież Głodowe Igrzyska. Kątem oka dostrzegam, że reszta trybutów też bierze się za jedzenie, ale nie tak łapczywie jak ja. Dziewczyna z Piątki wącha je i rozgląda się podejrzliwie jakby sprawdzając czy nie jest zatrute. Z daleka widzę jak Barthly wykrzywia usta w pogardliwym uśmiechu. Nagle przenosi swój wzrok na mnie i uśmiecha się szeroko.
 - Do zobaczenia na drugim świecie, siostro! - krzyczy w moją stronę.
  Wybucham śmiechem widząc zdziwione miny reszty trybutów i pogardliwe spojrzenia "zawodowców".
 - Mam nadzieję, że na tym się już nie spotkamy! - odkrzykuję.
  Reuel parska cicho. Wzruszam ramionami i rozsiadam się wygodnie na fotelu udając beztroskę. Przymykam oczy i wsłuchuję się w szum silników odrzucając wszystkie negatywne emocje i hałas z wewnątrz poduszkowca. Wyciszam się.

  Czuję jak zwalniamy i poduszkowiec spokojnie zaczyna opadać. Otwieram oczy i spoglądam na Reuela. Patrzy zamyślony w przyciemnione szyby okien. Nagle pojazd zatrzymuje się. Jesteśmy na miejscu.
 -  To tylko gra - szepczę sama do siebie, tak, aby nikt tego nie usłyszał - Tylko gra... Gra, w której wszyscy udają...
  Ale umiera się naprawdę.
  Drzwi się otwierają, ale do środka pojazdu nie przedzierają się promienie słońca. Strażnicy Pokoju podchodzą i zabierają po kolei po jednej osobie. W końcu podchodzą i do mnie. Nie wstaję posłusznie bez słowa jak reszta. Strach mnie paraliżuję. Niedobrze!
 - Wstawaj - rozkazuje wysoki barczysty mężczyzna.
  Patrzę na niego spod zmrużonych powiek.
 - Śpieszy ci się gdzieś? - pytam opryskliwie odzyskując władzę nad ciałem.
 - Tobie. Na śmierć.
  Wzruszam beztrosko ramionami i odpinam pas.
 - Ja mogę jeszcze poczekać.
 - Nie wydaje mi się - patrzy się na mnie z wyższością.
 - Widzisz? - wstaję ociężale i się przeciągam - To tobie się śpieszy, nie mnie - uśmiecham się do niego szeroko.
 - Mort zabije cię w pierwszej sekundzie - burczy pod nosem pchając mnie w stronę drzwi.
 - Ooo... Już masz swojego ulubieńca. - odkręcam głowę, by spojrzeć na niego.
 - To mój brat - mówi pewnym siebie, dumnym tonem głosu, ale w jego oczach widzę strach i zwątpienie. Wypycha mnie z poduszkowca.
  Staję w jakimś szarym, długim tunelu. Pojazd stoi tuż u jego wylotu, dlatego nie widać słońca. Strażnik kładzie mi dłoń na ramieniu i prowadzi korytarzem.
 - To musi być ogromna duma dla rodziców. Dwóch synów walczących i broniących Kapitolu...
 - Zamknij się, powstańcza kurwo.
  Błyskawicznie się obracam i kopię go kolanem w brzuch. Odskakuje do tyłu łapiąc się w pasie.
 - Zamknij się, Kapitoliński pachołku - syczę.
 - Dean! Co się dzieję?! - podbiega do nas jakiś inny Strażnik i pochyla się nad bratem Morta.
 - Nic - ten odwarkuje prostując się - Wracaj do swojej roboty. Myślisz, że nie umiem poradzić sobie z jakąś nastoletnią kretynką?
  Tamten patrzy się na niego ze współczuciem zmieszanym z politowaniem i odchodzi z cichym westchnięciem.
  - Nie zrobię ci nic tylko dlatego, bo i tak zaraz zginiesz - rzuca Dean w moją stronę popychając mnie do przodu.
 - Dziękuję za łaskę.
  Strażnik otwiera jakieś drzwi, wpycha mnie przez nie i  zatrzaskuje przejście.
 - Do zobaczenia - krzyczę, by usłyszał.
 - Lily...
  Odwracam się. Stoję w małym, szarym pomieszczeniu z niskim sufitem. Znajduje się w nim tylko krwistoczerwona kanapa, na której siedzi Zora i szklany cylinder kończący się gdzieś za sufitem. Kapitolanka wstaje i podchodzi. Przytula mnie. A ja znowu czuję ogromny strach. Już za chwilę... moja rodzina wie już co mnie czeka, jak wygląda arena. Ja dopiero mam się przekonać. Czuję krew w ustach. Ze zdenerwowania przegryzłam wargę. Tak bardzo się boję...
 - Li... - odzywa się cichutko Zora - Pamiętasz co ci mówiłam?
  Kiwam tylko głową, nie mam nawet sił odpowiedzieć.
 - Brown jest chory. Zostało mu najwyżej pół roku życia. Musicie przekonać wszystkich jakim błędem są te igrzyska, Musicie przekonać przyszłego następcę Browna. Czy przeżyjecie, czy nie. Najważniejsze jest to, żeby już nigdy nie dopuścić do Głodowych Igrzysk. Rozumiesz?
 - Wiem - odpowiadam cicho.
 - Pamiętaj! Przez pierwszą minutę nie możesz się ruszyć z platformy. Ani sekundy krócej! Inaczej... - zacina się - wolałabyś nie wiedzieć. 
  Odsuwa się, by spojrzeć mi w oczy. A mi nagle cały strach mija. Czuję jeszcze lekki niepokój, ale przede wszystkim spokój. Spokój i jakąś siłę, która nie pozwala mi bać się o następne, możliwe, że ostatnie, minuty mojego życia.
 - Dziękuję - uśmiecham się lekko.
 - Do zobaczenia, Lil - waha się chwilę po czym dodaje - Jeśli mogę być czegoś pewna, to tego, że wygracie. Albo przeżyjecie, albo zwyciężycie.
 - Mam nadzieję, że to drugie.
 - Wierzę, że oba.
  Jakiś męski głos dobiegający z góry każe mi wejść na podest. Patrzę jak szklana kopuła unosi się umożliwiając mi to. Zbieram się w sobie i wchodzę. Szklany cylinder opuszcza w dół oddzielając mnie od małego pokoiku i Zory. Dotykam flecika zawieszonego na szyi. Jakoś uspokaja mnie to jeszcze bardziej. Opiekunka kiwa mi głową na pożegnanie. W jej oczach widzę tylko smutek. Nagle podest zaczyna się unosić do góry. Wstrzymuję oddech.

*****
Możecie mnie zabić. Planowałam już dziś zacząć igrzyska, ale ten rozdział i tak wydaje mi się, że wyszedł dość długi... obiecuję, że następny dodam szybciej!
Taka mała ciekawostka; pierwotnie zamiast Zory pod koniec tego rozdziału był Wert. Ponieważ jakoś tak wyszło, że zupełnie zmieniłam mu charakter i w ogóle całą tą postać, to jego rolę odegrała Zora xp
Wiem, że trochę pozmieniałam przy tym wyjeździe na arenie, ale jako, że to były pierwsze igrzyska myślę, że mam do tego prawo i szczerze powiedziawszy nie chciało mi się opisywać wszystkiego tak jak jest w książce ;p
Z góry dziękuję za cierpliwość i przepraszam za przeciąganie. 
Piszcie wszystko co wam się nie zgadza lub nie podoba. Jestem otwarta na wszelkie sugestie ;)

16 komentarzy:

  1. Fajna notka, opisana tak jakby chaotycznie (nie to żeby mi to przeszkadzało :)). Trochę żałuję, że Lily nie zobaczyła areny w tym rozdzialę, więc z niecierpliwością czekam na next :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miało być troszkę chaotycznie ;>
      Już niedługo ^_^

      Usuń
  2. Już nie mogę sie doczekać wyjścia na arenę :) Jestem ciekawa czy zastępcą browna będzie Snow i czy umieścisz go w opowiadaniu :D Pozadrawiam i zapraszam do mnie: http://igrzyska-54-glodowe.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Kocham cie!
    Ten rozdział jest tak dobry, że wybaczam jego spóźnienie *___*
    Ten cały strach Lily, pożegnania, jej myśli... Ta cała podróż jest opisana bardzo dobrze (pierwsze igrzyska mogą sobie pozwolić na odstępstwa...:]) i te rozmowy między trybutami. Jestem zachwycona. Połknęłam ten rozdział w mgnieniu oka i mało mi! Rozmowa z bratem Morta też jest niesamowitym ekstra gratisem (że się tak wyrażę :3). Mam coraz większą nadzieję, że Reuel będzie Snowem *_* I, że to opiszesz *.*
    Myślę, że to chyba najlepszy rozdział do teraz. Fascynuje mnie jak będzie wyglądać arena i czekam na to z utęsknieniem.
    Pisz! Pisz! Pisz! I dodawaj jak najszybciej *___*
    Kraken :o

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże, zawstydzasz mnie!
      W ogóle ten rozdział jest taki... nieprzemyślany :P pisałam go tak trochę "na żywca"
      Będzie, będzie ^_^ opiszę wszystko, ale będziesz musiała wytrwać do końca ;D

      Usuń
    2. Aż mnie skręca z niecierpliwości! :O Tata Rosalki! xD

      Usuń
    3. Właśnie! Kiedy w końcu pojawi się kolejny rozdział u Ciebie? Bo czekam, czekam i się doczekać nie mogę!

      Usuń
    4. Nie wiem x.x ale zaraz się do niego zabieram! Obiecuję... :>

      Usuń
  4. Nie mogę się doczekać opisu areny, będzie ciekawie. :3 Rozmowa ze strażnikiem wyszła ci świetnie, bardzo mi się podoba. Już od początku wiedziałam, że Reuel będzie Snowem i cieszę się, że powyższe komentarze to potwierdziły.
    '- Pamiętaj... zawsze pamiętaj kim jesteś.
    - Aż do śmierci.
    - Szczególnie wtedy - podnosi delikatnie moją głowę do góry - I nigdy...
    - ... się nie poddawaj - kończymy razem.' - kocham, kocham. ♥

    OdpowiedzUsuń
  5. W końcu zaczynają się igrzyska. W następnym już będzie wojna, umieranie i krew, czyli to co tygryski lubią najbardziej. Ja chcę więcej i więcej. Dla mnie ten rozdział nie był wcale długi, a raczej króciutki.
    Ja chcę już igrzyska, no!

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak się nie mogłam doczekać początku Igrzysk, a tu jeszcze trzeba czekać! No ale to może lepiej ;) Mimo wszytko super rozdział :> Biorę się za następne :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Hmm...Rozdział jest dobry, "dynamiczny". ;) Tylko nie podoba mi się to przeklinanie. :( Ale ogólnie to spoko. :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz c: one naprawdę bardzo pomagają w prowadzeniu bloga
I proszę o niespamowanie pod postami :) do tego jest zakładka SPAM