sobota, 23 lutego 2013

VI

   Z tym postanowieniem ruszam na poszukiwanie wagonu restauracyjnego. Trochę błądzę po pociągu zanim spotykam kogoś z obsługi. Mężczyzna w białym uniformie prowadzi mnie ze znudzoną miną na śniadanie. Przy stole siedzi już Zora i Reuel.
 - Jak tam? - pyta mój przyjaciel.
 - Już dobrze - odpowiadam zmuszając się do lekkiego uśmiechu.
  Jest przyzwyczajony do moich wybuchów, wie, że wtedy potrzebuję spokoju, samotności, aby ochłonąć. Teraz uspokoiła mnie ta jedna myśl - nie poddam się.
  Patrzę na zastawiony stół. Wymyślne potrawy, złote półmiski i ogólny przepych w pociągu nie robią na mnie wrażenia. Jako córka burmistrza miałam niekiedy większe luksusy, to, że nie chciałam z nich korzystać, to inna sprawa.
  Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, jaka jestem głodna.. Nakładam sobie na talerz jakieś danie i zaczynam jeść. Nie jest wybitnie dobre, nie lubię wymyślnych potraw, ale nie zwykłam wybrzydzać.
 - Lily... - zaczyna niepewnie Zora.
  Patrzę na nią , wygląda na smutną. Czy naprawdę choć trochę przejmuje się naszym losem?
 - Co? - rzucam opryskliwie.
 - Co ja według ciebie mam zrobić? - pyta cicho, normalnie, nie piskliwie - To moja praca, prezenterka, mam się ciągle uśmiechać i gadać głupoty, no i wyglądać oczywiście. Nie jestem z Kapitolu - mówi już zupełnie szeptem - i nie jestem żadna "Zora Sanger", dostosowałam się, bo musiałam, i dlatego głośno wychwalam Kapitol i gram idiotkę. W końcu pewnie się nią stanę, ale jeszcze nie teraz.
 - To ona między innymi przekazywała nam informacje o igrzyskach - dodaje szeptem Reuel.
 - Skąd... kim jesteś? - pytam zdezorientowana.
  Zora nie odpowiada. Uśmiecha się szeroko i  nakłada jakąś sałatkę na talerz.
 - Nieziemskie! - piszczy - po prostu nieziemskie! A to jeszcze nie najlepsze! Zobaczycie co was czeka w Kapitolu! - mruga do mnie szczerząc białe ząbki w uśmiechu. - Już niedługo go ujrzycie!
 - Jaki jest plan? - pytam - Co będziemy tam robić?
 - Och! Gdy dojedziemy , zajmą się wami nasi najlepsi styliści! Przygotują was na przejazd rydwanów, który odbędzie się na oczach całego Panem! - ćwierka podekscytowana.
  Nie podoba mi się to, ale nic nie mówię.
 - Dalej - kontynuuje Zora - przez trzy dni będą was szkolić w specjalnym ośrodku, a ostatniego dnia zaprezentujecie swoje umiejętności przed organizatorami igrzysk! Potem jeszcze krótki wywiad i.... igrzyska!
  Kiwam głową. Zgadza się to z tym, co mówił wcześniej Reuel.
  W ciszy dokańczam śniadanie i wstaję od stołu.
 - Idę się zdrzemnąć. Obudźcie mnie, jak będziemy dojeżdżać - mówię i wychodzę. Znam już drogę do swojego przedziału. Zasypiam od razu, gdy tylko rzucam się na łóżko.
***
 - Lily! - krzyk Reuela budzi mnie ze snu.
 - Co jest? - mamroczę nieprzytomna siadając.
 - Zaraz będziemy w Kapitolu!
  Na te słowa od razu przytomnieję. Przecieram oczy i wstaję. Reuel czeka za drzwiami, wychodzę do niego. Stoi przy oknie, zza którego widać tylko czerń, ciemność.
 - Góry - szepczę podchodząc bliżej.
  Czuję gwałtowny skurcz w żołądku. Już zaraz znowu go zobaczę, to znienawidzone przeze mnie miejsce, Kapitol. Byłam tam tylko tydzień. To miało być nasze ostateczne zwycięstwo, mieliśmy przyjechać i zobaczyć gruzy miasta, spotkać przedstawicieli i powstańców z innych dystryktów. Z każdego miał przyjechać pociąg pełen rebeliantów. To miał być dzień naszego triumfu. Miał, ale nie był. Trzynastka nie wypaliła bomb na Kapitol, zamiast tego, to on zmiótł ją z powierzchni ziemi. Pociąg przyjechał tylko od nas, z Trójki, Szóstki, Siódemki, Dziewiątki i Jedenastki. Szóstka od razu odjechała. Na miejscu czekała już na nas zasadzka. Jedenastka natychmiast się poddała, reszta walczyła. Niektórym udało się uciec, ja byłam wśród nich. Nie jestem z tego dumna, nie chciałam opuszczać pola walki, James mnie zmusił, a Moore wydał rozkaz odwrotu. Ukryliśmy się w kanałach. Przez kratę bezradnie patrzyłam jak giną nasi. Musieliśmy iść dalej. Z ucieczki pamiętam tylko ciemność, głód i złość. Złość na Kapitol, na James'a, że kazał nam uciekać, na to, że reszta zginęła, a my przeżyliśmy. W jakiś sposób w końcu dotarliśmy do schronienia u któregoś z naszym sprzymierzeńców. W przebraniu wyszliśmy na ulice, by ujrzeć triumf Kapitolu, śmierć Moore'a i palący się stos ciał. Została nas garstka, przegraliśmy powstanie, nie mogliśmy nic zrobić, nie umieliśmy nawet wrócić do swoich dystryktów. W końcu przez znajomość udało nam się pojechać do Szóstki. Stamtąd nasi sprzymierzeńcy odesłali nas pociągiem towarowym do domu. Nigdy nie zapomnę, tego jak na peronie czekał na nas Reuel, jak popatrzył na nas zmęczonym wzrokiem i powiedział cicho:
 - Żyjecie. - Po czym dodał - My pokonani.
  Oszalałam wtedy. Rzuciłam się na niego z nożem. Zanim James odciągnął mnie na bok, rozcięłam mu skórę na ramieniu. Byłam wykończona psychicznie i fizycznie. Nie poszłam do domu. Zaszyłam się sama w lesie przy skałach. Dopiero po tygodniu na wpółżywa wróciłam. Przez długi czas jeszcze nie mogłam pogodzić się z tym wszystkim. W końcu chłopakom udało się mnie jakoś ogarnąć, zaczęłam wychodzić do ludzi, normalnie funkcjonować.
  Patrzę na czerń za oknem przypominając sobie to wszystko. Znowu czuję to samo ukłucie w sercu, tą obawę, gdy po raz pierwszy jechałam tą samą drogą. Jeszcze chwila i... światło wdziera się do pociągu. Mrużę oczy oślepiona. Czuję jak pociąg powoli zwalnia. Widzę Kapitol. Jest imponujący, nawet ja muszę to przyznać. Wysokie budynki sięgające chmur, szklane domy, nowoczesne budynki, a przy tym wszystkim przesadnie nasycone kolory. Miasto żyjące z pracy dystryktów. Zirytowana odwracam wzrok.
 - Jest... niesamowity - słyszę szept Reuela.
 - Okropny - prycham. - Okrutny.
 - Ale imponujący.
 - Tylko wyglądem.
  Wjeżdżamy w tunel, pociąg hamuje i wyjeżdżamy na peron pełen Kapitolińczyków.
 - Dziwacy - prycham odchodząc od okna i wiwatujących przebierańców.
  Zatrzymujemy się. Reuel też się cofa widząc tłum na stacji.
 - Och, Kapitol! - ćwierka Zora pojawiając się nagle w korytarzu. - Przybył was powitać!
 - Sztuczny świat - szepczę.
 - Chodźcie! Chodźcie! nie każmy im dłużej czekać! Och! Jak wy wyglądacie?! - piszczy przerażona.
  Mamy na sobie ciągle ciuchy z naszego dystryktu. Reuel jest ubrany w zwykłe dżinsy i granatową bluzę, ja jestem w ciemno-brązowych spodniach, czarnej bokserce i koszuli dżinsowej, wszystko jest trochę pogniecione. Wzruszam ramionami i przeczesuję palcami włosy.
 - No nic, no nic - mruczy Zora, ale ciągle patrzy na nas krytycznie - Zrobią z was ludzi w ośrodku. Chodźcie już!
  Posłusznie podążamy za nią korytarzem aż docieramy do dużych, ciemnych drzwi. Zora je otwiera i nagle atakują nas wszystkie dźwięki z zewnątrz, piski Kapitolińczyków, krzyki, chaos, a do tego wszędzie sztuczne, nasycone kolory rażące w oczy. Czuję się zdezorientowana. Czterech Strażników Pokoju oddziela nas od tłumu, biel ich mundurów wydaje się jeszcze bielsza w porównaniu z tymi wszystkimi barwami.
 - Idźcie za mną - mruczy do nas jeden z nich. - Odsunąć się! - krzyczy w stronę tych wszystkich dziwaków, a oni, o dziwo, słuchają się jego. Rusza, a my za nim, pozostali strażnicy idą blisko nas. Boję się. Boję się tych dziwnych, nienaturalnych ludzi. Chwytam dłoń Reuela idącego obok. Zaciska pewnie swoje palce na moich. Droga do samochodu wydaje mi się trwać całą wieczność. Przez to całe zamieszanie zaczyna boleć mnie głowa. W końcu wsiadamy do auta, a to od razu odjeżdża. Szyby są przyciemniane, więc ostre barwy przestają razić mnie w oczy. Siedzę obok Reuely'ego cały czas ściskają jego dłoń.
 - Nie chcę tu być. - szepczę.
 - To tylko gra. - odpowiada cicho.
  Nie jedziemy długo. Może z kilkadziesiąt metrów. Zatrzymujemy się przed wysokim budynkiem. Każą nam wysiadać i prowadzą do dużych drzwi. Tam zostajemy rozdzieleni. Idę za przydzielonym mi strażnikiem do Kapitolińczyków, którzy według Zory zaraz zrobią z nas "ludzi". Mój przewodnik zostawia mnie w sali pełnej dziwnych urządzeń, foteli, najróżniejszych stołów, półek, luster i wan, a następnie wychodzi. Czeka tam już czwórka Kapitolińczyków. Wszyscy w absurdalnych strojach i przesadnym makijażu. Patrzą na mnie krytycznie, oglądają ze wszystkich stron i biorą się za pracę nade mną. Rozpoczynają się moje męki; wyrywanie jakimiś plastrami włosków z mojego ciała, smarowanie skóry przeróżnymi maściami, olejkami i kto wie jeszcze czym, mycie, rozczesywanie i nakładanie na moje włosy jakiś dziwnych substancji. A przy tym wszystkim nieustannie słyszę ćwierkanie o modzie lub balach, ucztach. Po co najmniej dwóch godzinach w końcu mruczą, że: "coś może ze mnie będzie", po czym wychodzą zostawiając mnie samą w cienkim, sztywnym szlafroku. Czuję się skrępowana, jakbym był naga. Siadam na jednym ze stołów. Nie wiem co robić. Czekać? na co? na kogo? Iść? ale gdzie? Nie wiem. Siedzę więc i czekam. Po około dziesięciu minutach do sali ktoś wchodzi. jest to dziewczyna. Dwudziestoparoletnia, zwykła dziewczyna w zwykłej kwiecistej sukience. Na prawym ramieniu ma coś wytatuowane, jakiś napis, brązowe włosy spięte w dziwny kok, w który jest wpięty jakiś kwiat. Dziewczyna wydaje się jakby nie tknięta dziwactwem Kapitolu.
 - Hej - uśmiecha się lekko podchodząc, podaje mi rękę, ściskam ją niepewnie widząc napis na jej ramieniu.
 - Living is easy with eyes closed - czytam cicho.
  Uśmiecha się szerzej.
 - Jestem Mari.
 - Lily.
 - Liliana?
 - Nie, po prostu Lily.
 - Masz piękne imię - patrzy mi w oczy, dostrzegam, że jej są szmaragdowe. - Tak piękne jak kwiat, na którego cześć je dostałaś. Lubię kwiaty - mówi - są piękne, delikatne na zewnątrz, ale w środku mają siłę, by przeżyć - wyjmuje kwiat z włosów i pokazuje mi, to lilia. - Ty jesteś takim kwiatem, a ja mam sprawić, byś wyglądała nieziemsko na przejeździe rydwanów, pierwszym pokazie trybutów. - Milczy chwilę po czym mówi smutniejąc - od początku nie podobała mi się ta idea... nie chciałam tu być, nie chcę przystrajać dzieci na rzeź - wzdycha głośno.
 - Skąd jesteś? - pytam po chwili.
 - Z Czwórki - uśmiecha się słabo. - Ewakuowali moją rodzinę na początku powstania. Tu nie ma kwiatów, Lilio, nie ma prawdziwych kwiatów. Wolnych i pięknych. Takie tu nie rosną... Ale wracając do ubioru, jak myślisz, co byłoby najlepsze? Kapitol chce żeby było to przedstawienie waszego dystryktu. Czwórka jest znana z rybołówstwa.
 - Więc przebierzesz mnie za rybę? - krzywię się.
 - Niee - śmieje się, ale po chwili poważnieje - Będziesz rusałką, Kalipso, Amfitrytą*, panią mórz, a twój młody przyjaciel Posejdonem.
  Marszczę brwi. Ja - Kalipso? Co za absurd!
 - Czy jesteś tego pewna? - pytam nieśmiało.
 - Oczywiście - uśmiecha się szeroko. - Władcy Mórz z Czwórki, czy może być coś lepszego? Świnie z Dziesiątki? Górnicy z Dwunastki? Widziałam ich projekty, żałosne!
 - Skąd są pozostali styliści? - jestem ciekawa, czy każdy ma ze swojego dystryktu.
 - Z Kapitolu, Lora jedynie z Jedynki, a Regin z Trzy - zamiera na chwilę. - Z Trójki. Ma tam rodzinę.
  Milczę. Wiem, że chodziło jej o Trzynastkę. Nie wiedziałam, że ktokolwiek z niej przeżył.
 - Czas na goni - mówi Mari z uśmiechem na ustach. - Chcę żebyś widziała jedynie efekt końcowy.
  Kiwam głową, a ona podaje mi ciemną przepaskę. Zawiązuję ją sobie na oczach. Przez jakieś kolejne pół godziny posłusznie spełniam polecenia Mari. Czuję dotyk jakiś delikatnych tkanin na skórze. W końcu każe mi usiąść i zdejmuje opaskę z oczu, robi mi makijaż, wstaję, a ona zasłania mi oczy dłońmi i prowadzi gdzieś.
 - Już - mówi w końcu zabierając dłonie.
  Otwieram oczy i... cofam się odruchowo. Stoję przed swoim odbiciem. To ja, ale... jednocześnie nie ja. Jestem Amfitrytą, o której opowiadają mity, panią wszelkich wód. Nie umiem opisać tego co widzę, po prostu... nie umiem. Suknia jest nieziemska, w odcieniach morza, uszyta jakby ze strzępków materiału tworzy przecudną całość, blond włosy spływają mi  na ramiona, czarne rzęsy podkreślają moje duże liliowe oczy. Stoję boso, wyprostowana, z wysoko podniesioną głową, jestem dumna i piękna. Jestem Panią Mórz. To nie ja. To Kalipso.
 - I jak? - pyta cicho Mari.
 - Piękne - odpowiadam cicho, tylko na tyle mnie stać.
  Marii kiwa zadowolona głową.
 - Chodź, czekają już pewnie na nas.
  Stylistka prowadzi mnie do windy, jedziemy chwilę w milczeniu, ja ciągle nie mogę się nadziwić swojemu odbiciu. Wychodzimy z windy od razu znajdując się w stajniach, Reuely już tu jest, stoi przy naszym rydwanie. Podchodzimy do niego. Patrzy się na mnie z niedowierzaniem, a ja uśmiecham się do niego lekko, chociaż ciągle jestem zszokowana tym, kim się stałam i kto stoi przede mną. Mari miała racje, Posejdon i Amfitryta - to my. Mój przyjaciel wygląda imponująco. Ma odsłoniętą klatkę piersiową, przecina ją tylko cienka, złota sieć spływająca z prawego ramienia, jego dłuższe, ciemne włosy są roztargane, a jednocześnie w ładzie. Oczy nieokreślonego koloru, wydają się być teraz barwy rozszalałego sztormem morza. Jest piękny i pociągający. Jest sobą, w przeciwieństwie do mnie.
 - Powodzenia - mówi Mari podając Reuely'emu trójząb.
  Widzę jak zmienia się wyraz jego twarzy, gdy tylko bierze do ręki broń. Broń, którą zna od dziecka, którą potrafi zrobić wszystko co zechce, tak jak ja. Ale ja jej nienawidzę, a on kocha.
 - Reuel - szepczę cicho.
  Przytomnieje. Przenosi wzrok na mnie.
 - Macie być dumni - mówi Mari ustawiając nas na seledynowym rydwanie otoczonym siecią - niepokonani, potężni, Kalipso i Posejdon, Władcy Mórz i Oceanów.
  Kiwam głową, momentalnie prostuję się, poważnieję. Jestem Kalipso. Potrafię ją zagrać. Wiem, że tak.
  Nagle rydwany ruszają. Reuel łapie mnie za rękę. Nie zwracam uwagi na innych, skupiam się wyłącznie na tym, kim jestem. Kim jestem? Rydwan wjeżdża na plac. Kalipso, Kalipso, Kalipso - szepcze głos w mojej głowie.
 - Jestem Kalipso - mówię cicho, ale pewnie.
  Nie słyszę niczego, nie widzę nikogo. Morze, słonawy zapach, wolność. To ty - Kalipso - to ja. Kalipso. Ja u boku Pana Mórz - Posejdona. Patrzymy na siebie chwilę. Wywołujemy sztorm, burzymy morze, targany wiatrem. My potężni - my niepokonani.


*Amfitryta - w mitologii greckiej bogini mórz, żona Posejdona

*****

Dziękuję wszystkim za komentarze i czytanie mojej twórczości :>
Na razie mało się dzieję, ale obiecuję, że teraz będzie się już tylko coraz bardziej rozkręcać.

8 komentarzy:

  1. Ja tylko czekam, aż zaczną się igrzyska. Chcę już wiedzieć jak opiszesz walki i ogólnie arenę. Niecierpliwię się!

    Podoba mi się, że nie pędzisz z akcją na złamanie karku. Wszystko jest poukładane, a z mojej strony masz za to ogromny plus. Twój styl pisanie sprawia, że czyta się lekko i przyjemnie, zapominając o całym świecie. Oby tak dalej!

    Kim jest ten tajemniczy Bastian? Cóż to za chłopak?
    Coraz bardziej zaczynam lubić Lily i Reuela, a co za tym idzie wraz z główną bohaterką dzielę niechęć do Werta. Nie polubiłam tego gościa ani trochę! Opowiadanie naprawdę jest bardzo dobre. Wzbudza emocje w czytelniku i nie można pozostać obojętnym.
    Czekam z niecierpliwością na następny rozdział, bo już się nie mogę doczekać co będzie dalej!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie lubię Werta. Ale Lily coraz bardziej. To wszystko jest takie prawdziwe. Czekam na dalszy rozwój, a głównie na igrzyska. Mam nadzieję na coś spektakularnego. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fantastycznie piszesz! Nie mogę się doczekać następnej notki.

    OdpowiedzUsuń
  4. Twoje opowiadania strasznie wciągają. Tak jak osoby komentujące powyżej coraz bardziej lubię Lili i Ruela a mniej Werta. Ciekawy wątek z Bastianem (może jakiś romans)
    pozdrawiam i życzę weny.
    PS. Nie mogę doczekać się następnej notki. ;)
    Qwantini

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny rozdział <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Zostałaś nominowana do Liebster Awards. Wiecej na http://zabioreciwszystko.blogspot.com/p/liebster-awards.html

    OdpowiedzUsuń
  7. Oh, skończyłam czytać. I ty mi mówisz, że jestem genialna? Pisząc coś takiego? Najbardziej podobał mi się czwarty rozdział. To szaleństwo *.* za dużo rozdziałów żebym opisywała wszystko więc następnym razem coś skonstruuję :) pomysł orginalny nie powiem, ja ostatnio mam ochotę napisać o Igrzyskach Kapitolyńczyków... Lińczyków.... Kapitolczykòw! Te o których była mowa w ostatniej książce tej geniuszki *.*
    Pozdrowionka - Kraken

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz c: one naprawdę bardzo pomagają w prowadzeniu bloga
I proszę o niespamowanie pod postami :) do tego jest zakładka SPAM